Od blogera do milionera

061 - Są tajemnice i tajemnice

Nie wiem, jak długo jechaliśmy. Może dziesięć minut, może pół godziny. Nie miałem możliwości sprawdzenia czasu, zresztą nawet gdybym mógł, byłaby to ostatnia rzecz, o jakiej bym myślał. Gdybym myślał. Ale ja tylko trzymałem się kurczowo i czekałem na koniec tej piekielnej jazdy, jakikolwiek by był.

Nina nieco zwolniła. Wciąż jechaliśmy stosunkowo szybko, ale już bez ryzyka nabicia sobie guza o sufit. Wciąż jednak wszystko się trzęsło i latało po kabinie.

Gdyby nie wściekły pomarańczowy kolor samochodu, moglibyśmy być niewidoczni nawet z kilku metrów
Zatweetuj

Zatrzymaliśmy się w środku jakiejś gęstwiny. Deszcz nieco zelżał i grzmoty stały się rzadsze. Nina stwierdziła jednak, że to trzydniówka i nie mamy co liczyć na szybkie pojawienie się słońca. Przyjąłem tę informację z pewną dozą sceptycyzmu, bo przecież nie pada jednocześnie nad całą Ziemią, więc może nam się uda wcześniej wyjechać z zasięgu burzy. No chyba, że wiatry będą dmuchać nam w zadek, wtedy ta aura może się nieco przedłużyć. Plusem było zmniejszona widoczność i gdyby nie wściekły pomarańczowy kolor samochodu, moglibyśmy być niewidoczni nawet z kilku metrów. Kto w ogóle zatwierdza takie kolory dla tego typu pojazdów?

Nie miałem pojęcia, czy ten ktoś nas jeszcze goni i czy w ogóle miał pojęcie o naszym istnieniu. Kto to w ogóle był? Może po prostu jakiś przypadkowy grzybiarz, którego po prostu złapała burza w drodze do domu?

Jakoś trudno mi było pogodzić się z myślą, że ktoś mógłby nas szukać a nawet gonić. To po prostu nie było element mojego dotychczasowego życia. Czy była szansa do jego powrotu? Spytałem o to Ninę.

- Nie wiem - odparła wzruszając ramionami. - Może jestem trochę przewrażliwiona, ale lepiej dmuchać na zimne.

- Ale jedna przed kimś się chowamy, inaczej w ogóle nie byłoby całej tej jazdy - stwierdziłem. Nina przytaknęła. - Przed kim?

- Nie mogę ci tego powiedzieć. To nie dotyczy ciebie.

- Ależ owszem, dotyczy - parsknąłem. - Jestem tu obok ciebie, na jakimś totalnym zadupiu w środku Syberii, Tajgi, czy gdzie tam jesteśmy. O mało nas nie zabiłaś na jakimś drzewie, jestem przemoczony, głodny i przerażony! Wierz mi, już bardziej nie może mnie to dotyczyć!

- Słuchaj, są tajemnice i tajemnice. O niektórych ty nie możesz wiedzieć, o innych nie wiem nawet ja. Co ci mogę powiedzieć, to ci mówię. W tej chwili sama jestem przerażona i bardziej reaguję niż planuję. A to na dłuższą metę nie jest dobre. W dodatku jesteś pod moją opieką, więc to też mnie trochę ogranicza.

W Moskwie jakoś dałbyś radę, w Polsce to pewnie ty musiałbyś się mną zaopiekować, ale tutaj nie przeżyłbyś sam jednego dnia
Zatweetuj

- No dzięki wielkie, mamusiu - mruknąłem sarkastycznie.

- Oj dobrze wiesz, o co mi chodzi - warknęła poirytowana. - Jesteś obcy w obcym miejscu. Nie znasz tutejszej rzeczywistości, warunków, zwyczajów. W dodatku nie obraź się, ale nie wyglądasz mi na takiego, który ma przeszkolenie wojskowe. W Moskwie jakoś dałbyś radę, w Polsce to pewnie ty musiałbyś się mną zaopiekować, ale tutaj nie przeżyłbyś sam jednego dnia.

Wzruszyłem ramionami i usiadłem bez słowa. W sumie to miała rację. Niemniej moje męskie ego zostało mocno ubodzone.

-  Dlatego muszę mieć trochę czasu, żeby zobaczyć, na czym stoimy, zaplanować nasze dalsze działanie i w miarę możliwości zabezpieczyć się przez ewentualnymi problemami - dodała - dlatego zjedzmy w końcu to cholerne śniadanie, bo zaraz padniemy z głodu i żadne plany nam nie pomogą.

Uprzątnęliśmy tył samochodu z resztek kanapek i chwilowo napiliśmy się wstrząśniętej (nie zmieszanej) herbaty. Jedzenie jedzeniem, ale suszyło mnie niemiłosiernie. Zaraz potem zachciało mi się odcedzić kartofelki. Ileż to ja bym teraz dał za porządną toaletę. A tak musiałem wyjść na dwór.

060 - Przez las...

2017-01-21267
060 - Przez las...

Z przodu samochodu było tylko jedno, centralnie umieszczone siedzenie. Kierowca miał więc doskonały widok na wszystko co się dzieje z przodu, a to bardzo ważne, kiedy jedzie się po bezdrożach. Brak siedzenia pasażera co prawda uniemożliwiał komfortową rozmowę, ale z pewnością nie do tego celu projektowano pojazd.

Panel kontrolny, który studiowała Nina, nie był tak rozbudowany jak w samolocie, którym lecieliśmy z Tomaszem do Moskwy, ale i tak miał więcej wskaźników i przełączników, niż cessna, którą kiedyś miałem okazję lecieć. Wszystko było oczywiście opisane po rosyjsku i sprawiało wrażenie dosyć siermiężnego – takie same przełączniki widywałem w samochodach z lat 80-tych, głównie radzieckich właśnie. Wyjątkiem był duży, dotykowy ekran komputera pokładowego, niestety jak się później miałem przekonać, również w języku Tołstoja.

Przyznam, że chociaż nie kręci mnie motoryzacja, poczułem podniecenie. Pierwszy raz w życiu pożałowałem, że nie umiem jeździć.

Nina włączyła silnik, potem pstryknęła przełącznikami uruchamiając wycieraczki i górne reflektory, które bez trudu przebiły się przez ścianę deszczu i oświetlały nawet bardzo odległe drzewa. Następnie wyświetliła mapę i mrucząc coś pod nosem wprowadziła jakieś dane. W końcu wszystko powyłączała i odwróciła się do mnie.

- Zróbmy w końcu to śniadanie - zaproponowała.

Wnętrze pojazdu okazało się bardziej uniwersalne niż by się wydawało na pierwszy rzut oka. Złożone obecnie fotele można było przekształcić nie tylko w prymitywne prycze ale także mały stolik. Położyłem na nim duży, plastikowy talerz i rozpakowałem pieczywo, ser i kiełbasę. Zdobycznym nożem pokroiłem chleb i posmarowałem go masłem. Nina w tym czasie zagotowała wodę i zaparzyła herbatę w termosie. Dobry pomysł, dłużej będzie ciepła. Zanim skończyłem robić kanapki, woda zagotowała się drugi raz i dziewczyna w drugim termosie zrobiła kawę.

Już dawno mi tak nie smakowały zwykłe kanapki. Jestem pewien, że teraz to pewnie nie pogardziłbym nawet znienawidzoną wątróbką czy buraczkami... chociaż nie. Przy talerzu pełnym buraczków mógłbym nawet umrzeć z głodu. Są jednak potrawy, których za nic w świecie do ust nie wezmę.

Przypomniały mi się dawne wakacyjne wyjazdy pod namiot. Uwielbiałem siedzieć w kucki, czytać książkę, coś przegryzać i słuchać deszczu bębniącego w tropik. Teraz czułem się podobnie, chociaż miejsca było więcej a dach metalowy. Ale ten miarowy szum kropel bardzo relaksował. Bliższe i dalsze grzmoty również. Brakowało mi jeszcze dobrej książki albo... internetu. Kurcze, kiedy ja ostatni raz zaglądałem na fejsa? Ile nieprzeczytanych wiadomości czekało na mnie w skrzynce mailowej? Ile z nich było ważnych? Czy ja już mam syndrom FOMO czy jeszcze nie?

Rozważania przerwał mi głośny dźwięk brzęczyka z kokpitu. Nina odłożyła kanapkę i szybko przebiegła na przód pojazdu. Popatrzyła na mapkę, pstryknęła przełącznikami i zaklęła.

- Spadamy! - krzyknęła siadając za kierownicą. - Ktoś się zbliża!

Powinienem chyba zamknąć oczy i zacząć się modlić, ale dawno tego nie robiłem a widok był hipnotyzujący
Zatweetuj

Zdążyłem zakręcić termosy i zarzucić jakąś serwetę na kanapki, kiedy zahuczał silnik. Zanim zapiąłem pasy, pędziliśmy już wyboistą, leśną drogą. Trzymałem się kurczowo, żeby nie podskoczyć za wysoko albo nie rozbić głową szyby. Kanapki niemal od razu wylądowały na podłodze. Skąd mi przyszło do głowy, że wystarczy przykrycie ich kawałkiem szmatki? Trzeba było je wrzucić do pojemnika obok termosów, przynajmniej nie latałyby po całej kabinie.

Nie wiem, jak dużo i wyraźnie Nina widziała z przodu, ale mi przez boczną szybę drzewa po prostu rozmazywały się razem z deszczem. Obyśmy tylko nie skończyli podróży na jednym z nich. Powinienem chyba zamknąć oczy i zacząć się modlić, ale po pierwsze dawno tego nie robiłem a po drugie ten widok mnie hipnotyzował. To trochę jak z pająkami. Panicznie się ich boję, ale zza bezpiecznej szyby mogę się im przyglądać godzinami. Tutaj co prawda szyba nie zwiększała bezpieczeństwa, ale biorąc pod uwagę, że i tak nie miałem wpływu na to, co się dzieje, patrzenie było całkiem niezłym zajęciem. Tym bardziej, że mógł to być mój ostatni widok w życiu.

059 - Monster

2016-12-30272
059 - Monster

Wydawało mi się, że tylko mrugnąłem oczami, kiedy poczułem delikatne szarpanie. Przez krótką chwilę byłem zdezorientowany, zanim wróciłem do rzeczywistości i skojarzyłem Ninę. Okazało się, że to mrugnięcie trwało prawie pół godziny i teraz staliśmy na skraju lasu a przed nami znajdował się on. Ośmiokołowy monster.

Nie zdziwiłbym się, gdyby dodatkowo był wyposażony w karabiny, rakiety, lasery i inne bondowskie gadżety
Zatweetuj

Był ogromny i  pomarańczowy. No, może nie tak wielki jak autobus, ale na pewno ze dwa razy większy od hummera, którego przypominał nieco kształtem, ale był bardziej kanciasty. Miał osiem ogromnych kół z grubymi bieżnikami, wyciągarkę, reflektory i chyba wszystko co potrzebne na bezdrożach Syberii. Nie zdziwiłbym się, gdyby dodatkowo był wyposażony w karabiny, rakiety, lasery i inne bondowskie gadżety.

Nie był to typowy monster truck z kołami większymi od nadwozia, w takich przeróbkach gustowali raczej Amerykanie. Ale i tak czuć było zamiłowanie rosyjskich konstruktorów do wielkich aut. W końcu ziły i inne takie też do najmniejszych nie należały. Do kabiny wchodziło się po drabince, po której właśnie schodził jakiś człowiek. Skulony podbiegł szybko do naszego mercedesa i usiadł obok mnie. Nie odezwał się słowem i nawet nie przywitał, skinął tylko głową Borysowi. Opuściłem wyciągniętą odruchowo rękę i wzruszyłem ramionami. Jego kultura to nie moja sprawa. Pewnie i tak więcej go nie spotkam, więc nie ma co sobie zawracać nim głowy.

Deszcz ciął równo ograniczając widoczność do kilku metrów. Przenieśliśmy szybko bagaże do nowego pojazdu, ale te dwie rundki wystarczyły, żebyśmy byli totalnie przemoczeni i przemarznięci do szpiku kości. Na szczęście w środku było w miarę ciepło. A na pewno sucho.

Borys pożegnał się z nami i odjechał mercedesem razem z tym drugim gościem. Zostaliśmy z Niną sami. Dziewczyna usiadła za kierownicą i przez chwile studiowała napisy na przełącznikach. Włączyła ogrzewanie i po chwili zrobiło się przytulnie. Szybko zrzuciliśmy mokre ciuchy i przebraliśmy w suche. Jeszcze tylko wygodne kapcie i byłoby prawie jak w domu. Niestety z powodu braku takowych, musieliśmy pozostać w wilgotnych butach. Nie było to przyjemne.

Podczas przebierania aż się chciało parafrazować klasyka: „żeby chłop nie mógł z prawie gołą babą w samochodzie...”.

Ale nie mógł. Co nie znaczy, że o tym nie pomyślał. Z trudem się opanował, żeby nie było widać. Ciekawe, o czym myślała Nina. Na szczęście (a może niestety) o czymś innym. Ponownie zaczęła przyglądać się przełącznikom wspomagając grubą instrukcją znalezioną w schowku. Chyba nie zamierzała teraz jej całej czytać?

Żeby chłop nie mógł z prawie gołą babą w samochodzie...
Zatweetuj

- Ale umiesz tym jeździć? - upewniłem się.

- Jeździć tak a co do reszty, to się okaże - mruknęła nie odwracając wzroku od księgi. - Rozpakuj jedzenie i zobacz, co mamy do dyspozycji - poleciła.

Przeszedłem na tył pojazdu. Muszę przyznać, że w środku prezentował się nie mniej okazale niż zewnątrz. Z tyłu były siedzenia, obecnie rozłożone i przekształcone w miejsca do spania. Pod nimi znajdowały się duże, wbudowane skrzynie. Podczas rozpakowywania i układania zakupów zauważyłem butlę i małą kuchenkę gazową, kilka akumulatorów, zawinięty w brezent pakunek, karimaty, kilka narzędzi polowych i opisane po rosyjsku wojskowe pojemniki. Po ostatnich przygodach nie byłbym zaskoczony, gdyby to była broń i to większego kalibru niż ta, która obecnie leżała obok suszącej się kurtki. Ale nie zaglądałem.

Przy tylnych drzwiach stały kanistry i dwa ogromne baniaki z wodą. Kamper to nie był, ale z pewnością dało się w nim mieszkać. Założę się, że wielu fanów off-roadu chciałoby tego spróbować. Przydałaby się jeszcze jakaś łazienka albo chociaż toaleta. Ja jeszcze jakoś siknę pod drzewem, ale współczułem Ninie. W taką pogodę...

058 - Całkiem fajna bryka

Jak się okazało, sklep również w środku wyglądał jak polskie supersamy w latach 80-tych. Brudne półki, bure opakowania produktów, łypiące nieprzyjaznym okiem kasjerki w fartuchach i czepkach, które kiedyś może były białe, ale to było dawno i nieprawda. Przynajmniej sklep był samoobsługowy i nie trzeba było wchodzić z nimi w interakcję więcej niż to konieczne. One same również nam się nie narzucały, ale cały czas czułem na sobie czyjś wzrok.

Ja rozumiem, że można oszaleć w sklepie odzieżowym czy obuwniczym, ale w spożywczym?
Zatweetuj

Wzięliśmy duży, metalowy koszyk na skrzypiących kółkach i ruszyliśmy między półki. Nina wpadła chyba w jakiś szał zakupów i zaczęła zgarniać z półek zupki, batony, dwie duże zgrzewki soku, paczkowaną wędlinę i ser, kilka chlebów, worek ziemniaków i inne warzywa... Nie spodziewałem się, że jest aż tak głodna! Ja rozumiem, że można poszaleć w odzieżowym czy obuwniczym, ale w spożywczym?

- Czy to trochę nie za dużo jak na śniadanie? - spytałem sprawdzając na opakowaniach termin przydatności do spożycia. Niektóre wyglądały, jakby leżały tu od czasów powstania tego sklepu. Odłożyłem podejrzanie wyglądający ser i jedną paczkę ciastek.

- To na drogę - wyjaśniła Nina. - Będziemy jechać z dala od ludzi i sklepów. Tylko ty i ja. Cieszysz się? - uśmiechnęła się zalotnie, chociaż było w tym chyba więcej przekory. A ja nie wiedziałem, czy bardziej mnie to cieszyło czy krępowało, więc tylko wzruszyłem ramionami.

Wkrótce cały koszyk wypełniliśmy po brzegi. Zapłaciłem gotówką od Tomasza i wyjechaliśmy z całym towarem przed sklep. Gdy ja zastanawiałem się, jak my to wszystko zapakujemy do dwóch plecaków, Nina wygrzebała ze stosu kilka batonów.

- Zjedz na razie to, porządne śniadanie będzie później - wyjaśniła siadając na gzymsie pod oknem. Klapnąłem obok niej.

Ta, jasne, śniadanie. Chyba późny obiad albo nawet kolację. O ile wcześniej nie padniemy z głodu. Żeby jak najdalej odsunąć w czasie tę ewentualność, pochłonąłem szybko dwa batony i popiłem sokiem.

Siedzieliśmy tak chwilę a niebo niemal już całkowicie pociemniało i w oddali słychać już było pierwsze grzmoty. Zaraz też zaczęło padać. Niewielka i stara markiza ledwo chroniła nas i prowiant. Przysunęliśmy koszyk do samej ściany, żeby jedzenie nie zmokło za bardzo, bo zgnije, zanim zdążymy zjeść chociaż połowę. Przynajmniej jeśli chodzi o tę świeższą część. A może by tak kupić kilka reklamówek i przepakować to wszystko?

Nie doszło jednak do realizacji tego śmiałego i szalonego planu, bo pod sklep zajechał zielony terenowy mercedes. Wyskoczył z niego ogromny facet obrany podobnie jak Nina. Zrobił z nią niedźwiedzia, potem przywitał się ze mną prawie miażdżąc mi dłoń, przez co ledwie dotarło do mnie, że ma na imię Borys.

Tak trochę po babsku, tylko one patrzą głównie na kolor a ja na kształt
Zatweetuj

Rozprostowując pogniecione palce przyjrzałem się samochodowi. Nie jestem jakimś szczególnym fanem motoryzacji, nie podniecają mnie pojemności silnika i osiągi, nie mam nawet prawa jazdy. Ale muszę przyznać, że to cacko mi się bardzo podobało. Tak trochę po babsku, tylko one patrzą głównie na kolor a ja na kształt. Jeśli to jest ten samochód, którym mamy jechać dalej, to zajebiście.

Przenieśliśmy szybko zakupy do bagażnika i weszliśmy do środka. W końcu mogłem przetrzeć okulary, bo deszcz lał już równo i niewiele widziałem. Przydałyby się takie małe wycieraczki.

Borys z Niną usiedli z przodu, dla mnie zostało miejsce z tyłu. Kurcze, już się zdążyłem przyzwyczaić do myśli, że będziemy sami. Nie żeby coś tam, ale trzy osoby to jednak już tłum. A skoro oni byli dobrymi znajomymi, to ja zacząłem się czuć, jak piąte koło u wozu. Zwłaszcza, że jak tylko ruszyliśmy, zaczęli o czymś gadać szeptem. Domyśliłem się, że rozmowa nie była przeznaczona dla moich uszu, więc nawet nie próbowałem podsłuchiwać.

Ułożyłem się wygodnie. Skoro jestem dla nich tylko towarem, to po prostu nim będę, niech mnie wiozą byle do celu. Cokolwiek planowali, postanowiłem przynajmniej się wyspać. Zanim jednak pozwoliłem sobie odpłynąć, zawinąłem dwa razy szelki od plecaka wokół ręki. Tak na wszelki wypadek.

057 - Nina się nie patyczkuje

Nina zaczęła im powoli tłumaczyć, że powinni nas zostawić i odejść w pokoju dla własnego dobra. Brzmiało to trochę tak, jakby wyjaśniała przedszkolakowi, dlaczego nie powinien się bawić zapałkami. Ale i tak nie zrozumieli albo nie uwierzyli, bo jeden z nich klepnął ją w tyłek. Chwilę potem leżał na ziemi krzycząc z bólu i trzymając się za krwawiący i chyba złamany nos.

Swoimi krzykami mogli ściągnąć innych tubylców, z jeszcze bardziej nieproszonym patrolem milicji włącznie
Zatweetuj

Rozejrzałem się nerwowo, bo w końcu takie krzyki mogły ściągnąć innych nieproszonych tubylców, z jeszcze bardziej nieproszonym patrolem milicji włącznie. Na szczęście nikogo to chyba nie interesowało. Możliwe, że takie sytuacje są tutaj na porządku dziennym, w końcu co kraj to obyczaj. U nas zresztą też są takie okolice, gdzie lepiej pilnować swojego nosa i udawać, że nic się nie dzieje. Dla własnego dobra, jak to określiła Nina.

Pozostali napastnicy chyba nie bardzo wiedzieli co się właściwie stało i zamarli zaskoczeni. Wykorzystałem tę chwilę, wyrwałem swój plecak i założyłem na oba ramiona. Korciło mnie, żeby wyciągnąć pistolet, ale to chyba nie był najlepszy pomysł. Wyglądali na takich, którzy też mają spluwy i, co więcej, używają jej szybko i bez zastanowienia. Czułem, jak coraz mocniej drży mi się kolano i nie mogłem tego powstrzymać. Zacisnąłem pięści i modliłem się, żeby nie dołączyć do leżącego gościa. Zdaję sobie sprawę, że to niemęskie, ale kwestię wyciągnięcia nas z tej sytuacji postanowiłem zostawić Ninie.

Ona nie miała takich skrupułów jak ja i na pewno nic jej nie drżało, bo chwilę później na ziemi leżał drugi z nich. Również krzyczał, ale dla odmiany trzymał się za złamaną (to chrupnięcie zapamiętam na długo) rękę. Trzeci miał już w tym czasie pistolet przyłożony do czoła. Zanim więc czwarty zdążył jakoś zareagować, zaryzykowałem i z całej siły kopnąłem go w krocze. Tak, wiem, to również bardzo niemęskie a na pewno mało sportowo zagrane, ale sama sytuacja była mało sportowa, więc trzymanie się jakichkolwiek zasad mijało się z celem. Walka o przetrwanie to nie gra w szachy. Poza tym musiałem coś zrobić z trzęsącą się nogą. Trochę ruchu pozwoliło mi ją uspokoić.

Tak więc kolejny osobnik dołączył do leżących kolegów. Ten nie krzyczał tylko zwinął się i cichutko popiskiwał. Przez ułamek sekundy zrobiło mi się go szkoda, ale szybko się zreflektowałem, że on na pewno nie miałby takich dylematów. Przecież chciał mi zabrać plecak!

Nina kopnęła w bok zwijającego się gościa i do kupki żelastwa dołączył czwarty pistolet i jeszcze jeden nóż
Zatweetuj

Nina spokojnym głosem (jakby zupełnie nic się nie stało) poprosiła o oddanie wszystkich niebezpiecznych przedmiotów. Chłopaki przez chwilę udawali, że nie wiedzą o co chodzi, ale w zrozumieniu bardzo pomogło nadepnięcie jednemu na dłoń i odbezpieczenie broni. To charakterystyczne kliknięcie ma naprawdę magiczną moc w takich sytuacjach. Dosyć szybko na ziemi pojawiło się pięć nożów i trzy pistolety. Nina kopnęła w bok zwijającego się gościa i razem z głośniejszym jękiem do kupki żelastwa dołączył czwarty pistolet i jeszcze jeden nóż.

Następnie kazała chłopakom odejść z godnością, bo kończy jej się cierpliwość. Tamci podnieśli się z jękiem (oprócz tego, który ciągle miał broń przyłożoną do głowy) i wzajemnie sobie pomagając, oddalili się powoli i kuśtykając wkrótce zniknęli za jednym z bloków. Na nas też już była najwyższa pora.

Zanim jednak ruszyliśmy w przeciwną stronę, Nina rozładowała wszystkie pistolety, potem rozłożyła je na części, które rzuciła daleko przed siebie. Magazynki schowała do kieszeni. Zostawiła też dwa największe noże (jeden dała mnie), a resztę wrzuciła do najbliższego śmietnika.

Przyznaję, jestem trochę gadżeciarzem i taki prezent zawsze jest miło widziany. Z drugiej strony z przerażeniem dotarło do mnie, że prawdopodobnie będę zmuszony go użyć. A przecież ja do niedawna byłem freelancerem, który praktycznie nie ruszał się sprzed komputera! Teraz pojęcie „wolnego strzelca” czy wręcz „najemnika” nabrało dużo mniej przyjaznego znaczenia.

Zanim znaleźliśmy osiedlowy sklep, który przynajmniej z zewnątrz wyglądał, jak żywcem przeniesiony z naszego PRLu, Nina wykonała kilka telefonów. Z satysfakcją oznajmiła mi, że wkrótce będziemy mieli transport. Potem weszliśmy do środka.